Ostatnie dni sierpnia to czas, kiedy wielu z nas przemierza galerie handlowe w poszukiwaniu artykułów szkolnych. Zwłaszcza rodzice pierwszaków mają już za sobą spore wydatki, a kolejne pojawią się pewnie na początku września.

Nie oszukujmy – się nawet publiczna szkoła nie jest darmowa

Plecak, tudzież tornister to często koszt około 200 zł. Oczywiście są też takie za 20, ale wiadomo, że aby posłużył dłużej niż kilka miesięcy, a przy okazji nie zniekształcił postawy naszego siedmiolatka, musi być odpowiednio wyprofilowany, a to kosztuje.

Sporym wydatkiem, zwłaszcza w klasach I – III, są przybory plastyczne. Tanie zamienniki – np. kleje, na dłuższą metę nie zdają egzaminu. Nie dość, że bardzo szybko wysychają, to często nie są w stanie sprostać tak podstawowym wyzwaniom, jak sklejenie dwóch kartek papieru. Musimy więc zainwestować w produkty uznanej na rynku marki. A tu – mała tubka to koszt rzędu 5 zł. W ciągu roku szkolnego uczeń może zużyć nawet 10 sztuk kleju! Farby czy plastelina kupione w pierwszej klasie, nawet przy okazjonalnym używaniu, nie dotrwają do końca edukacji wczesnoszkolnej. Jeśli doliczymy do tego bloki czy wycinanki, mamy kolejnych kilkadziesiąt (oby tylko!) złotych wydanych w sklepie papierniczym.

W plecaku musi się znaleźć piórnik. Tu w zależności od firmy wydamy od 10 do nawet 50 zł (kilkukomorowy). Do tego wyposażenie, czyli: ołówki, pisaki, kredki, gumka, linijka, nożyczki… I tak poświęcamy kolejne 100 zł.

Od tego roku rodzice dzieci uczęszczających do szkoły mają możliwość – niezależnie od uzyskiwanych dochodów – wystąpić o wsparcie finansowe na zakup wyżej wymienionych przyborów. Znaczną część wydatków z pewnością pokryje więc rządowy program „Dobry start”, w związku z czym wiele osób będzie mogło pozwolić sobie na większe lub/i droższe wydatki.

Plecak zapakowany… i co dalej?

Zastanówmy się więc, jak te nasze uroczyście ubrane i we wszystko wyposażone pociechy dowieziemy na szkolne zajęcia?

Ustaliliśmy, że koszt szkolnej wyprawki to coroczny wydatek oscylujący w granicach 200 – 400 zł.

Czy jednak w przypadku zakupu fotelika – zwłaszcza dla naszych starszaków, często już zbuntowanych w kwestiach związanych z podróżami w aucie, nie zdarza nam się mówić: „Nie warto aż tyle wydawać”, „Nie musi już jeździć w foteliku, wystarczy mu poddupnik/podstawka”, „A co powiedzą jego koledzy i koleżanki, kiedy podjedzie pod szkołę w foteliku, jak dzidziuś?”

Zapamiętajmy, że:

– Dziecko powinno być przewożone w foteliku aż do osiągnięcia przez nie 150 cm wzrostu.

A co z wyjątkami, np. takim, że nie zostaniemy ukarani mandatem, jeśli nasze dziecko jadące na TYLNYM siedzeniu i mające więcej niż 135 cm wzrostu jest na tyle „duże”, że nie damy go rady wsadzić w żaden fotelik?

Odpowiedź jest prosta: czy ten zapis w kodeksie drogowym spowoduje, że nasze dziecko w magiczny sposób stanie bezpieczniejsze?  Oczywiście, że nie!

Dopóki możemy, powinniśmy zapewnić dziecku możliwość jazdy w foteliku, bo jak już wielokrotnie Was uczulaliśmy – foteliki niemal w 100% są nieporównywalnie bezpieczniejsze od tzw. podstawek lub popularnych ostatnio urządzeń „kid belt”.

Koszt podstawki – od 15 zł (są i za 12 w promocji)

Koszt fotelika mającego 4* ADAC zaczyna się od 390 zł.

Dużo?

Biorąc pod uwagę fakt, że w foteliku 15-36 dziecko jeździ od ok. 4.-5. aż do 11.-12. roku życia, mamy co najmniej sześcioletni czas użytkowania, a to w przeliczeniu na jeden rok daje kwotę… 65 zł.

Rocznie wydajemy na wyprawkę minimum 200 zł i choć boli, to nikt nie mówi, że nie trzeba. Więcej: niektórzy chcą zaszaleć i fundują pierwszakowi wszystko z motywami ulubieńców z „Gwiezdnych wojen” lub „Krainy Lodu”. Wtedy koszty idą już diametralnie do góry, ale przecież czego się nie robi, by maluch był zadowolony i chętnie zasiadł w szkolnych ławach?

Szykując wyprawkę przed pierwszym września sprawdźmy też, Kochani, czy nasz uczeń będzie miał w czym BEZPIECZNIE do swej szkoły dojechać!

I jeszcze jedna refleksja na koniec – im więcej rodziców zacznie dbać o bezpieczne przewożenie dzieci, tym większa ich część będzie jeździć w fotelikach zamiast na podstawkach. Dzięki temu uczeń podjeżdżający pod szkołę w foteliku 15-36 przestanie być zjawiskiem dziwnym i wyjątkowym, a stanie się normą.

Właśnie tego – u progu nowego roku szkolnego – sobie i Wam serdecznie życzę!


Asia

Bezpieczeństwem dzieci w autach interesuję się od kilku lat. Regularnie czytam wszelkie dostępne materiały, należę do wielu tematycznych grup internetowych. Jako dziennikarka lokalnej gazety staram się tą wiedzą dzielić też z innymi. Zachęcam czytelników do zwracania uwagi na sposób i jakość przewożenia najmłodszych pasażerów. Jestem mamą trójki dzieci, z których dwójka – w wieku 2,5 i 4 lat – wciąż podróżuje w fotelikach tyłem do kierunku jazdy. Jestem pewna, że gra jest warta świeczki, bo nie ma większej wartości niż bezpieczeństwo. Zwłaszcza w odniesieniu do naszych pociech.